Dziecko największy skarb

 


Irena

Dziecko największy skarb


 

Bardzo dawno temu usłyszałam mądre sława: „ Dzieci są nam pożyczone, a nie dane”. Na początku, przyznam szczerze, nie rozumiałam znaczenia tych słów... No jak to? Przecież to nasz skarb wyśniony i upragniony, będzie z nami na zawsze, przecież nawet, jak dorośnie, to...
Kim będzie? Jakim będzie człowiekiem i czy my pozwolimy uczyć się na własnych błędach i upadkach? Ale jak to? Nie podnieść naszego kochanego skarbu? Nabroił - jak nie usprawiedliwiać? To nasze dziecko, jakim prawem ma stać mu się krzywda! A my co, mamy bezczynnie na to patrzeć? No, normalnie wredni i patologiczni rodzice!

Nie chcę tu się wymądrzać, absolutnie nie mam patentu na dobre i mądre wychowanie i chyba takiego nawet nie ma nikt. Mam natomiast bardzo jaskrawe przykłady, jak nie robić, by samemu sobie krzywdy nie zrobić. Tak, wychowując dziecko, możemy również siebie skrzywdzić.

 

Matka trójki dzieci, przy okazji wspierająca całą gromadę innych. W tamtym domu każdy mógł liczyć na ciepły posiłek i pogłaskanie po głowie. Ktoś by powiedział: "Ależ cudowna kobieta i matka!" Otóż - nie! Owszem, poświęciła się, zatracając siebie. Dzieci były najważniejsze, najpiękniejsze, najmądrzejsze. Co chciały, to miały. Wiele lat temu mąż tej kobiety pływał na statkach, więc pieniędzy tam nie brakowało. Jednak to było za mało, bo przecież ma wyjść nowa zabawka, bo trzeba sprowadzić nową ładniejszą deskorolkę itp... Ojciec rodziny bywał agresywny, ale matka uważała, że dzieci go tak kochają, więc jak pozbawić je taty? Kobieta pracowała na dwóch etatach po to, żeby dzieci miały jak najwięcej. Zatrudniła się w szkole, aby być bliżej nich, bo a nuż się krzywda stanie? No i na miejscu można dowiedzieć się, dlaczego synuś, czy córka dostali złą ocenę. Żyła całkowicie i bez reszty za dzieci, one tylko miały być i dać się podziwiać. Żeby chociaż było co podziwiać... A tu lipa!

Jeden syn skazany jako nastolatek za włamanie do hurtowni. Mamusia jakoś go wybroniła, uratowała przed konsekwencjami, no bo przecież on tylko stał na czatach! A tak w ogóle, to go tam nie było, a jeśli był, to przez czysty przypadek! Aby ten chłopiec w ogóle skończył szkołę zawodową, przesiedziała w niej za niego cały rok, nachodząc non-stop nauczycieli. Potem mamusia poszła i zatrudniła synka w stolarni, no bo przecież żona w ciąży, a młodzi mają swoje potrzeby! Bo do dziecka, to się dołoży, jakoś pomoże się je wychować. Przecież dziecko to największy skarb. Pamiętam do dzisiaj sytuację, kiedy późną jesienią jej syn zrobił karczemną awanturę - dlaczego jego dziecko nie ma jeszcze butów zimowych? Mamusia szybciutko poszła, jakoś wyżebrała u znajomych kolejną pożyczkę i kupiła. Oczywiście, nie mogły być to buty pierwsze lepsze, tylko najlepsze. Zgadnijcie, kto i z czego oddał?

Z córką też wiele lepiej nie było. W wieku 18 lat sama została matką. Chociaż nie, powiedzmy raczej, że przyniosła do domu żywą zabawkę, która szybko jej się znudziła. Kto się dzieckiem zajął? Wiadomo - mamusia. Bo młoda musi się wybawić. W końcu córka wyjechała za granicę, ale tam też nie bardzo potrafiła ułożyć sobie życia, bo tego nie umiała. Kolejni partnerzy, kolejne dzieci...

Dzieciaki jako dorośli ludzie jakoś ogarnęły życie, chociaż był to bardzo bolesny i trudny proces. Udało się im dopiero, kiedy byli bardzo daleko od matki. Ta została na miejscu. Zgorzkniała, żyjąca własnymi marzeniami. Od kilku lat chodzi o kulach po parku, pokazując album z zdjęciami swoich dzieci i opowiadając, że właśnie jedzie do syna pomóc w wychowaniu kolejnego wnuka. Opowiada tak już od kilku lat...

Druga matka. Mamy dzieci w jednym wieku, a raczej powinnam napisać "miałyśmy".
Upragniona, wytęskniona córeczka. Nawet imię ma bardzo oryginalne, bo przecież moje dziecko jest niezwykłe! Do pewnego momentu nasze dzieci chowały się razem: wspólne spacery, wyjazdy, urodziny, święta. Dlaczego do pewnego? A no, dopóki nie urodziło się moje następne dziecko, bardzo niedoskonałe, z mnóstwem problemów. Przecież dla jej dziecka to trauma bawić się z tak nie idealnym dzieckiem!
Kiedyś od niej usłyszałam: Jak możesz kochać takie dziecko? Ja bym nie umiała zaakceptować!

Dla jej córki też musiały być najlepsze kursy językowe, bo modne, bo się przydadzą. Szlaczki w zeszycie mamusia rysowała, bo córeczka jeszcze źle zrobi i się zestresuje, a po co? Jeszcze się zmęczy i nadenerwuje w życiu. Ubranka musiały być najlepsze i najdroższe, no bo jak to? Ona musi mieć i koniec, jak nie rodzice kupią, to babcia. Weszła era telefonii komórkowej, kto miał pierwszy telefon w szkole?

Córeczka za to, że łaskawie ukończyła liceum, dostała samochód. Przecież nie będzie jeździć na wykłady komunikacją miejską! Stać ich, to kupowali - rzekłby ktoś - nie zazdrość! Otóż, nie o to chodzi. Zwyczajnie świat nie jest taki idealny, jak oni pokazywali i nauczyli i w końcu sami w taki uwierzyli. Długo na efekty czekać nie trzeba było. Pech. Matka zachorowała - choroba neurologiczna powoli, ale skutecznie degeneruje organizm. Skończył się ideał, zaczęło się wredne życie. Matka i żona już nie taka sprawna, ani ładnie mówiąca. Jak tu się z taką pokazać, gdziekolwiek pójść? Przecież ludzie niepełnosprawni są obrzydliwi i wstrętni! Zaczęła się przemoc fizyczna i psychiczna. Są kłopoty, ale wiecie, co jest najsmutniejsze? Ona kompletnie nic z tym nie chce zrobić. Bo przecież to jest moja córka i mąż! Bo ich kocham, bo się zmienią! Zwyczajnie nie wierzę w jakąkolwiek zmianę. Nie chcę być złym prorokiem, ale tam w końcu dojdzie do tragedii. Na zewnątrz taki porządny i dobry dom, tacy mili ludzie, ale no właśnie...

Ktoś by zapytał, po co to piszę? Przecież te kobiety chciały dobrze. Kochały, nieba przychylały. Normalnie cudowne matki, pełne poświęcenia.

Tylko czy aby na pewno nasze dzieciaki potrzebują takiego poświęcenia i takiej miłości?

Na to pytanie każdy sam musi sobie odpowiedzieć.