Anchen

Święty Bernardino i osły

Avatar użytkownika
Anchen


Święty Bernardino i osły.

Pewnego dnia pewien stary i mądry zakonnik wybrał się na przejażdżkę w towarzystwie młodego braciszka oraz osła. Kiedy natrafili na błoto, starszy mnich wsiadł na osła, a młodszy podążył za nimi poprzez muliste rozlewisko.
- Patrzcie, jaki okrutny wobec tego braciszka – odezwał się z przyganą jakiś z gapiów – któremu każe iść pieszo przez błoto, a sam sobie jedzie!
Święty mąż zsiadł więc z osła i posadził na nim młodego zakonnika. A wtedy oburzył się ktoś inny:
- Popatrzcie, co za dziwny człowiek, że mając zwierzę i będąc starym, idzie pieszo, a pozwala jechać na ośle temu młodzieniaszkowi, który by nie poczuł ani zmęczenia, ani błota. Wierzcie mi, że szalony to człowiek, a poza tym mogliby obaj jechać na ośle, jakby tego chcieli, i tak by było najlepiej.
Wsiedli więc obaj na osła i natychmiast trzeci człowiek powiedział:
- Popatrzcie na tych ludzi, co mają osła i obaj wsiedli na niego! Wierzcie mi, że nie zależy im zbytnio na nim, bo nie dziwowałbym się, gdyby zdechł od ciężaru.
Obaj zatem zsiedli z osła i brnęli dzielnie przez trzęsawisko, a wtedy zaczął drwić z nich czwarty z gapiów:
- Popatrzcie na tych szaleńców, co mając osła, idą unurzani w takim błocie!

Hm...

Dawno, dawno temu obiecałam Dosi, że napiszę felieton o przejmowaniu się opiniami innych. Szło mi niesporo – mam posępne poczucie, że święty Bernard ze Sieny napisał w tej sprawie wszystko, co było do napisania. Ale każde z nas doświadczyło spojrzeń nieznajomych w supermarkecie, kiedy nasza ukochana pociecha postanowiła zrobić grandę i rzucić się na ziemię pomiędzy świeżymi kabaczkami a sałatą rzymską oraz ironicznych komentarzy sąsiadów na klatce schodowej po kolejnej nocnej potyczce, kiedy my celebrowaliśmy naszą rodzicielską stanowczość i konsekwencję, a dziecię z rozkoszą demonstrowało siłę płuc oraz ramienia. Biadolenie pod hasłem „Co ludzie powiedzą?” powraca co jakiś czas na forum. Jest to dla mnie problem na tyle abstrakcyjny, że postanowiłam zastanowić się, dlaczego opinie nieznajomych zupełnie mnie nie obchodzą.

Czytaj więcej: Święty Bernardino i osły

Półeczka

Avatar użytkownika
Anchen


Półeczka.

Mamy przyjaciół. Małżeństwo. Ich praca jest nie tylko sposobem zarobkowania, ale również pasją, która organizuje im większość wolnego czasu. On – w swojej dziedzinie wybitny specjalista, dusza towarzystwa o błyskotliwej inteligencji. Ona – urocza, troskliwa, działa społecznie, pomogła mnóstwu ludzi. Dużo podróżują, mają przyjaciół na całym świecie. Uwielbiam się u nich zatrzymywać, bo to taki dom, w którym zawsze można liczyć na ciekawe opowieści, nowe książki i filmy, gdzie pamiętają, jaki rodzaj herbaty gość najbardziej lubi i nawet jeśli wyjeżdża pociągiem o 5 nad ranem, dostanie na śniadanie gorące croissanty.

A ich syn ma oddzielną półkę w lodówce.

Czytaj więcej: Półeczka

Normalne dziecko


Anchen


Normalne dziecko

Wychowano mnie w bogobojny dziewiętnastowieczny sposób. Mówię cicho, siedzę prosto, rączki składam w małdrzyk, buzię w ciup. No chyba że ktoś nieopatrznie zaatakuje moje dzieci. Wtedy zmieniam się w tygrysa szablastozębnego. Czysto informacyjnie zaznaczę, że metamorfoza (Mamo, ale mówiłaś, że metamorfoza to w osła!) zajmuje mi dwie setne sekundy. Potem przegryzam gardło. Zapewne dlatego rzadko zdarza mi się słuchać impertynencji, bo w dwie setne sekundy, rzecz oczywista, dużo się nie powie. Ponieważ jednak zespół Aspergera syna nie stanowi mrocznego sekretu, czasami jakiś kamikadze zdąży się rzucić z pytaniem, czy może wolałabym mieć normalne dziecko.

Mocne pytanie. Nie razi mnie wyłącznie dramatycznym brakiem taktu, bo jest niezwykle mało osób w jakikolwiek sposób uprawnionych, żeby pytać o kwestię tak osobistą. Jest w tym pytaniu oślizła sugestia, że dziecko z zespołem Aspergera jest gorsze, w jakiś sposób naznaczone. Jest dziecięca wiara, że warto rozpaczać nad rzeczami, które od nas nie zależą. I przeświadczenie, że norma – czymkolwiek by była – stanowi szczyt ludzkich aspiracji.

Czytaj więcej: Normalne dziecko

Kotlet


Anchen


Kotlet

Zrobiłam kiedyś mężowi karczemną awanturę. O kotlet. W dodatku mielony.
A było to tak: w przedszkolu moje dzieci zaprzyjaźniły się z kolegą. Po prawdzie to na początku raczej zakumplowały się matki, bo obu nam zależało, żeby dzieci miały sensowne towarzystwo poza przedszkolem. Czasami jeśli którąś z nas przywaliła szczelnie robota, druga odbierała cale towarzystwo z przedszkola i prowadziła je do siebie, dawała obiad i organizowała zabawę do powrotu pierwszej. Ten dzień ułożył się akurat tak, że ja odbierałam wszystkich z przedszkola i prowadziłam do nas, podgotowywałam obiad (dzieci odbierałam wcześnie, o godz. 14), ale potem musiałam biec na jakieś spotkanie, więc dzieci przejmowała mama kolegi, która akurat wracała z pracy i czekała z synkiem u nas, póki nie wróci mój mąż, żeby się zająć swym prawowitym potomstwem. Ufff, życie pracujących matek bywa skomplikowane.

No więc wybiegłam, zostawiwszy mamę kolegi nad patelnią. Kiedy wróciłam do domu, było już późno, mąż wrócił, ale trwała szampańska zabawa i dzieci nadal roznosiły chałupę. Kiedy zzuwałam buty, mama kolegi poinformowała mnie z dumą, że świetne mielone przyrządziłam. Antoś, nasz młodszy syn, zjadł swój kotlet, potem dokładkę, a na końcu mój. Jak się to w tym małym, czteroletnim wówczas brzuszku, zmieściło, do tej pory zachodzę w głowę. W każdym razie wszyscy zjedli z apetytem, a mnie mąż pocieszył, że mogę dostać kanapkę.

Czytaj więcej: Kotlet

Wakacje


Anchen


Wakacje

Moje ulubione wakacje zawsze spędzałam u rodziny w niewielkim mieście na Dolnym Śląsku, w paskudnym, szarym blokowisku, gdzie nocami ze śmietników i rur wypełzały stada karaluchów. Odkąd mogłam sama decydować, dokąd jadę, tłukłam się tam nocnym pociągiem przez pół Polski. O poranku dworzec wypluwał mnie we Wrocławiu, zaspana, wymięta biegłam do autobusu i jechałam dalej. Później, kiedy byłam jeszcze starsza i studiowałam za granicą, tłukłam się jeszcze dłużej z ogromniastym błękitnym plecakiem, chociaż muszę uczciwie przyznać, że już nie do karaluchów, bo moi gospodarze przeprowadzili się do szeregowego domku i brązowe plugastwo znikło. Przez parę tygodni siedziałam u nich w poczuciu niesamowitej, całkowitej swobody, co w moim wydaniu oznacza, że od rana do nocy czytałam książki i nikt mnie nie wyganiał na dwór, żebym pojeździła na rowerze, poznała kogoś czy poszła na dyskotekę. Nie robiłam zupełnie nic, bo rodzina uważała, że muszę odpocząć (staram się kultywować tę tradycję, kiedy goszczę małoletnie córki kuzynek), bo wyglądam na wynędzniałą (dysponuję tym typem anemicznego braku urody, który nieodmiennie przywodzi ludziom na myśl Chopina konającego na suchoty). Ciocia z troską podtykała mi pod nos romansidła, utrzymując, że jestem przeintelektualizowana i mojemu życiu brakuje emocji, a ja z rodzinnej lojalności je czytałam i znosiłam gderanie babci, która uważała, że marnuję czas. Dziadkowie opowiadali o dawnych czasach i historii rodziny, a kuzyn dłubał w swoim pokoju, pełnym rozkładów kolejowych, bo on, biedactwo, zna każdą śrubkę dowolnego parowozu.

Czytaj więcej: Wakacje