Historia pewnego chłopca

Był sobie chłopiec…
Urodził się jako czwarty z sześciorga. Był dzieckiem bystrym, radosnym, otwartym, skłonnym do żartów i psot, które bawiły całe otoczenie, ogromnie wrażliwym, można powiedzieć nadwrażliwym na przejawy niesprawiedliwego nieżyczliwego traktowania, a nade wszystko ruchliwym.
Przy tym wszystkim był dzieckiem szczęśliwym i nikt nie przypuszczałby, że jego szczęśliwe dzieciństwo skończy się tak szybko. Ale zatrzymajmy się jeszcze w czasie, gdy chłopiec jest jeszcze mały i szczęśliwy.


Od najmłodszych lat towarzyszył swoim starszym braciom a ich przyjaciele byli także jego przyjaciółmi. Bardzo chciał zdobyć uznanie i przychylność starszych chłopców, więc starał się ich naśladować: nie płakać, znosić ból, popisywać się odwagą i siłą, a miał po temu warunki, bo był roślejszy i silniejszy od swych rówieśników. Dla starszego towarzystwa był zabawną maskotką, łatwo go było namówić na różne psoty i wybryki a starszym chłopcom pomysłów nie brakowało. Kiedy śmiali się był szczęśliwy – uważał, że go lubią, że jest po prostu nie zastąpiony. Dla takich chwil zrobiłby wszystko.Czas mijał i trzeba było iść do szkoły. Szkoła to było coś nowego, niezmiernie ekscytującego – dla chłopca oznaczało nowe zabawy, nowe miejsca, nowe ciekawe doznania a nade wszystko nowych nowych kolegów i przyjaciół, a tego pragnął najbardziej. Szedł, więc do szkoły z radością i entuzjazmem. Pokochał natychmiast swoją klasę i już po kilku dniach czół się w niej doskonale. Był bystry i nauka stanowiła dla niego jedną z form zabawy. Bardzo szybko i bez trudności wykonywał polecenia. Jego zeszyciki pełne były uśmiechniętych buź i innych wesołych znaczków rysowanych przez panią nauczycielkę w nagrodę za postępy w nauce. Ale nauka była tylko jednym z wielu elementów klasowego życia.
Dla chłopca równie ważne było wszystko, co działo się na obszarze klasy a nawet za oknem. Był natychmiast gdzie coś zwróciło jego uwagę, to przy oknie, to w drugim końcu Sali, musiał coś właśnie powiedzieć coś koledze w odległej ławce, albo trzepnąć w ucho tego, który pokazał mu język, przy tym czasem coś strącił, narobił hałasu, wdał się w kłótnie. Kiedy na przerwach biegał po korytarzu nikt nie był w stanie go zatrzymać. Pani miała z nim pełne ręce roboty, ale klasa bawiła się doskonale. Także on sam był z siebie zadowolony i nie dostrzegał niczego niezwykłego. Koledzy lubili go, a to było najważniejsze. A jeśli ktoś go nie lubił i mu to okazywał po prostu dostawał, tak w oczach chłopca było sprawiedliwie.
Sprawiedliwość też należało wymierzyć temu, kto bił słabszego, albo komuś złośliwie dokuczał. Takie sytuacje zdarzały się wielokrotnie każdego dnia i w tedy zaczęły się wędrówki mamy do szkoły. Pani denerwowała się coraz bardziej, a mama patrzyła na synka z coraz większą troską, tata – cóż – śmiał się tylko i powiadał: „ja byłem taki sam”. Wreszcie pani wychowawczyni poradziła mamie, by zaprowadzić chłopca do psychologa. Psycholog porozmawiał z mamą, kazał chłopcu robił testy i różne zadania, w końcu wydał zaświadczenie do szkoły, że chłopiec jest nadpobudliwy, że należy mu pozwolić na ruch, na przykład na chodzenie po klasie, bo to w końcu nic złego, a chłopca obejmie się terapią. Zaczął, więc chodzić na tą terapię.
Kazano mu tam ciągle robić testy i różne zadania, terapeuci zmieniali się, – jeżeli byli sympatyczni robił zadania chętnie i oni w tedy pisali – inteligętny, jeśli byli nie sympatyczni, a chłopiec był zły lub znudzony i nie chciało mu się robić tych zadań a ni rozmawiać, po prostu siedział naburmuszony – w tedy pisali - nie inteligętny, ograniczony itp.
Mama zanosiła zaświadczenia do szkoły, chłopiec chodził do ośrodka i nic się nie zmieniało. Dorośli w szkole tracili cierpliwość, coraz częściej krzyczeli i wzywali mamę, wreszcie mama postanowiła zabrać go z tej szkoły, może gdzie indziej będzie lepiej. Ale nie było. W tej nowe szkole było nawet gorzej – nie lubił nowej klasy a oni nie polubili jego, więc odesłali go do następnej szkoły a ta do następnej i jeszcze jednej… i było coraz gorzej. Czasem na skutek płaczu mamy postanawiał być naprawdę grzeczny. Bardzo tego chciał, ale już w połowie dnia zapominał o postanowieniu. Z resztą doszedł do wniosku, że się nie opłaca, bo nawet, jeśli wielkim wysiłkiem udało mu się panować nad sobą, to i tak przypisano mu wszystkie złe zdarzenia, które stały się na terenie szkoły, nawet tam gdzie go w ogóle nie było. Pęczniały dzienniczki uwag, mnożyły się wpisy do czarnej księgi i skargi rodziców innych dzieci. Znienawidził te nowe szkoły, więc przestał do nich chodzić, wiedział jednak, że do szkoły wyjść trzeba, więc co rano brał teczkę i wędrował – najczęściej do swojej starej ukochanej szkoły, do swojej znajomej klasy, gdzie na jego widok wszyscy się cieszyli – ma się rozumieć wszyscy oprócz nauczycieli, – ale on wiedział (tak mu się przynajmniej zdawało), że tu jest bezpieczny i nauczyciele nic mu nie mogą zrobić, no, bo przecież nie jest już uczniem tej szkoły. Znowu do głosu dochodziło poczucie sprawiedliwości i pragnienie zemsty na nauczycielach, którzy w jego oczach byli wrogami. Wyobraźni i inwencji mu nie brakowało i potrafił im dopiec tak samo jak oni jemu. A to w jego oczach było sprawiedliwe. Potrafił tak chodzić przez cały rok. I choć wydaje się to nieprawdopodobne, zdołał ukryć ten fakt przed mamą. Postarał się sprytnie by informacje ze szkoły nie docierały do rodziców. Czół się bezpieczny i jakoś nareszcie ułożył sobie te nieznośne szkolne życie i nawet przez myśl mu nie przeszło, że gromadzi prawdziwe burzowe chmury nad swoją głową. No i któregoś dnia, wreszcie rozpętała się burza. Szkoła, do której był zapisany, oddała sprawę do sądu, że uczeń przez rok nie uczęszcza do szkoły. Rozprawa odbyła się bez wiedzy mamy. Jacyś obcy ludzie, kurator i policja wpadli pewnego dnia do domu i wśród krzyków i łez zabrali, baaa wręcz porwali przerażonego dziesięciolatka od płaczącej, zrozpaczonej mamy, z jedynego bezpiecznego miejsca, kochanego domu.
Znalazł się w domu dziecka. Tam usłyszał po raz pierwszy w życiu, że pochodzi z rodziny patologicznej – z rosnącym zdziwieniem słuchał, że: ma ojca alkoholika, że w domu jest bieda, a matka nie radzi sobie z jego wychowaniem. Z tego wszystkiego prawdą mogło być jedynie to ostatnie, ale przecież do tej pory nie znalazł się nikt, kto umiałby sobie poradzić i zrobić z chłopca model odpowiadający wyobrażeniom o grzecznym uczniu. Miał ponoć pomóc w tym dom dziecka w Krakowie. Tego dnia chłopiec usłyszał słowa „to dla twojego dobra” i te słowa powtarzane coraz częściej, towarzyszyły mu w dalszej, niełatwej drodze, by z biegiem czasu nabierać coraz groźniejszego znaczenia. Tak, więc dla swego dobra, zebrał na dzień dobry lanie od wspólnoty nowych kolegów – i od razu wszystko było jasne – nie wolno płakać (wiedział o tym od dawna) i nie wolno się skarżyć wrogom, – czyli wychowawcą – cokolwiek by się stało. Zresztą szybko pokazał, że da sobie rade z najsilniejszymi i zrozumiał, że należy bić by nie być bitym. Ta nowa wiedza była odtąd najważniejszą, najbardziej praktyczna mądrością, która chłopiec zdobył „dla własnego dobra”. Wychowawcy też potrafili zdrowo przyłożyć – no jakoś trzeba utrzymać w ryzach tą zbieraninę. Nic dziwnego, że zaraz na początku, zrodziła się myśl: uciekać, uciekać do domu, do mamy, do rodzeństwa, do przyjaciół z podwórka. Gotów był na wszystko, byle znaleźć sposób ucieczki.
Uciekł już następnego dnia, pare przystanków autobusem i był w domu. Mama prosiła i przekonywała by wrócił do domu dziecka, uparł się, że nie! Zgodził się ostatecznie, tylko na powrót do szkoły, znajdującej się przy domu dziecka. Tak było do końca roku, ale w szkole powtarzały się znów te same problemy, jawna wrogość wychowanków domu dziecka, ciągle wybuchające incydenty, były nie do zniesienia i znów przestał chodzić do szkoły. Wcale nie myślał o tym, że przecież i tak go zabiorą. Wierzył, że u mamy musi być bezpiecznie, no, bo jak nie u mamy to gdzie?
Koledzy z podwórka przyjęli go z radością, przynajmniej niektórzy, ci starsi, którzy niczego się nie bali. On też musiał pokazać, że się nie boi niczego, choć był młodszy o całe dziesięć lat i zaimponować kolegą. Podsunęli mu myśl by okraść kiosk. Naprawdę chodziło o odwagę no i o ekscytujące przeżycie, zabijające nudę – głupi wybryk, nic ważnego. A jednak, zatrzymanie, izba dziecka, pogotowie opiekuńcze, ucieczki, kolejne zatrzymania, znowu izba dziecka, pogotowie opiekuńcze i tak w kółko. Za którymś razem niespodzianka – pierwsza życzliwa dusza – kierowniczka ośrodka. Nie traktowała go jak przestępcę, nie okazywała wrogości, rozmawiała jak z człowiekiem, normalnie, ciepło, pozwoliła dzwonić do domu, poza wyznaczoną normą. To wystarczyło, by chłopiec jej zaufał, otworzył serce, zmiękł, złagodniał, przylgnął do niej, jak do drugiej mamy. Dla niej starał się być grzeczny i udawało się. Niestety krótko. Izba dziecka to tylko przechowalnia bagażu, przeznaczonego do dalszej wysyłki, a następny etap to Łańcut – schronisko dla nieletnich, choć ładnie brzmi, nie jest to przyjazne miejsce, właściwie to najgorszy horror, jaki przeżył. Przemoc, szykany, poniżanie, perfidia wychowanków i przełożonych – znów obudził się duch buntu i chęć odwetu za niesprawiedliwość. Po drugiej stronie frontu wychowawcy uzbrojeni prawa i metody łamania oporu – bicia się nie bał, teraz najczęściej stosowana broń to izolatka. „Dla twojego dobra” słyszał znowu, „albo będziesz posłuszny, albo będziesz tu siedział, a my postaramy się by kara była maksymalnie długa, dotkliwa i powtarzana tak często, jak często się da, zgodnie z prawem, albo niekoniecznie”. Poznawał najgorsze prawa dżungli rządzące tym światem, by bronić poczucia, własnej godności, musiał być twardy, hardy, nawet bez względny, utrwaliła się rola, szczutego zwierzęcia – zły, agresywny, wrogi i gotów do ucieczki. Tylko długie dni i noce spędzane w izolatce, pełne były niepokojących myśli, o tym jak urządzony jest ten świat, i jakie prawa nim żądzą. Tu też rodziły się pomysły na ucieczki. Znowu myślą przewodnią było: uciekać, uciekać! Ale jak?
Kraty w oknach, strażnicy, alarmy, cały skomplikowany system zabezpieczeń. Któregoś dnia, wraz z kolegą, spostrzegli, że okno na czwartym piętrze jest możliwe do sforsowania. Czwarte piętro i co z tego? Decyzja zapadła natychmiast – skaczemy! Skoczyli, blaszany daszek zamortyzował uderzenie i choć nogi mocno bolały, pokuśtykali przez pola i miedzę do stacji kolejowej. Na peronie przysiedli czujnie na ostatniej ławeczce. Mieli rację – zauważyli ruch i policję, już wiedziano o ucieczce. Wstali powoli i odchodzili, zauważeni zaczęli uciekać, skoczyli w krzaki. Policjanci przeszukiwali zboża i zarośla. To cud doprawdy, że ich nie znaleźli. Uciekinierzy leżeli w krzakach, bojąc się oddychać, i w tedy usłyszeli rozmowę policjanta z kobietą jadącą na rowerze:
- czego tu panowie szukacie?
- dwóch bandytów uciekło z poprawczaka, niech pani lepiej ucieka do domu, tu może być niebezpiecznie, mogą panią zabić.
Zabić? Myślał oszołomiony chłopiec, co on bredzi? Wieczorem wstali i powędrowali dalej. Szli na nogach z Łańcuta do Krakowa bocznymi drogami, bojąc się spotkać ludzi. Jedli po drodze to, co znaleźli w polach. W końcu rozstali się, zmierzając każdy do swego domu. Był letni wieczór, ze wzgórza, na którym położył się zmęczony, widział swoje osiedle i leżąc wśród trawy, był znowu szczęśliwy, choć spuchnięte stopy, bolały dotkliwie, ale to nic. Był wolny a dom był niedaleko.
Zabrano go po dwóch tygodniach, znów do piekła w Łańcucie. Między czasie zapadł wyrok sądowy i przeniesiono go do poprawczaka w Ostrowcu Świętokrzyskim. Znowu pierwszą myślą była ucieczka. Jednak tu panowały trochę inne zasady – na przepustkę można było sobie zapracować – nie opłacało się uciekać. Zbierało się punkty za naukę, zachowanie, postępy i tak dalej. Punktów maksymalnie można było zdobyć sześć w ciągu minimum trzech miesięcy. Była też siłownia, która stała się jego pasją, bardzo chciał wyjść do domu na święta Wielkanocne. Postanowił na to zasłużyć, ale do świąt, było tylko dwa miesiące „staraj się” zachęcali wychowawcy, „jakoś to załatwimy”. Spiął się, sprężył, kontrolował wszystko – nauka, średnia 5,7, zachowanie bardzo dobry, warsztaty bardzo dobry, „dostaniesz przepustkę, całe dwa tygodnie” dopingowali wychowawcy, miał najlepszą średnią możliwych historii zakładu. Na możliwych 6 zdobył aż 5 punktów, brakowało mu tylko jednego za czas, ale z dwóch nie da się zrobić trzech, dokonał już wszystkiego, co było możliwe. Ufał obietnicom no i dostał tę wymarzoną przepustkę – zalała go fala wściekłości, trzy dni!!!
Zamiast obiecanych dwóch tygodni, tylko trzy dni! Wyjechał – postanowił nie wrócić, za ten zawód, który mu sprawili, za kolejną niesprawiedliwość.
Miał już 16 lat. Lato mijało, nie szukano go – na razie. Czas upływał na spotkaniach z dawnymi kolegami przy piwie. Nikt mu nie podskakiwał, był zbyt silny, siłownia i zaprawa w poprawczaku, zresztą zawsze umiał się bić. Aż raz jeden gość zlekceważył to, dokuczał, drażnił no i oberwał – mocno – wybite zęby, złamany nos. Teraz już na komisariacie obiecano mu kryminał i jak rzadko, słowa dotrzymano. Na rozprawie adwokat z urzędu wyszedł po 5 minutach – „na chwilę” i nie pojawił się już więcej, za to pojawiły się dodatkowe materiały, uzyskane przez zastraszanie świadków, o jakieś kradzieże, włamania, mnóstwo przekłamań i nieścisłości w faktach, datach i procedurach. Wyrok: dwa i pół roku w więzieniu. Choć z racji wieku, powinien wrócić właściwie do poprawczaka, ale przyzwyczaił się już, zawsze było gorzej niż powinno być. Więzienie – no cóż, szkoda czasu na opisy – po prostu znowu walka, o to by być jak najwyżej w hierarchii, walka ze współwięźniami, by udowodnić swoją siłę i godność, która w więzieniu ma inny wymiar i znaczenie niż na zewnątrz. No i służby więzienne, po drugiej stronie barykady. Kim był, gdy wyszedł? Kryminalistą, skończony nim zaczął naprawdę żyć.
Któregoś dnia przypadkiem spotkał kogoś, kto opowiedział mu o ADHD. Jak przez mgłę, przypomniał sobie badania, wywiady, zaświadczenia, terapie z dzieciństwa. Nagle wszystko stało się jasne. Po raz pierwszy zrozumiał sam siebie i swoje życie. Postanowił je zmienić, wyprostować, zawsze miał przecież poczucie sprawiedliwości i prawdy, mimo wszystko nie chciał utonąć. Chciał też pomagać innym dzieciom w podobnych sytuacjach. Najważniejsze teraz było kształcić się, w ciągu miesiąca zaliczył egzaminy ze wszystkich przedmiotów z dwóch lat nauki. Dzisiaj uczy się dalej.
Jego najmłodszy brat, z którym zaczynają się już szkolne kłopoty, jest zupełnie takim sam jak on, jaki będzie jego los?

Nazywam się Paweł Gadzina, mam 22 lata, to ja jestem tym chłopcem.

Tekst powstał w sierpniu 2005 roku